O czelendżowaniu kejsów i performowaniu targetów
15.01.2017

O czelendżowaniu kejsów i performowaniu targetów

O czelendżowaniu kejsów i performowaniu targetów

Korporacje wzbudzają sporo kontrowersji, zyskują tyle samo zwolenników, co i przeciwników i przy okazji są bogatym obiektem wszelakiej maści badań, obserwacji i inspiracji. Czym tak naprawdę jest korporacja i czy należy się jej bać? Zastanówmy się razem!

Słów kilka o korpo

Ostatnio przeprowadziłam pewien „eksperyment”, którego wynik okazał się dla mnie na tyle zaskakujący, że postanowiłam się nim z Wami podzielić. Otóż po wpisaniu w okno wyszukiwarki internetowej frazy „Korporacja to…” na pierwszej pozycji podstawiła mi się podpowiedź „zło” (!) Faktycznie, gdyby zrobić przegląd reakcji, jakie wyzwalają korporacje, a następnie osadzić je na kontinuum, zapewne na jednym jego krańcu praca w korporacji byłby traktowana jako forma wyzysku, tłumiąca indywidualizm i kreatywność, jednak na innym – ta sama praca w korporacji byłaby postrzegana jako kwintesencja wielkomiejskiego stylu życia, dająca szansę na osobisty rozwój i zawieranie międzynarodowych znajomości.

Mnie osobiście korporacje inspirują od dawna. Ba! Od blisko dekady sama jestem ich częścią, a już przez sam ten fakt nie da się przejść obok nich obojętnie. Tym, czemu ostatnimi czasy się w nich przyglądam, a raczej – przysłuchuje, jest specyficzny język. Czy słyszeliście kiedyś o czelendżowaniu kejsów albo performowaniu targetów? Czy ktoś kiedyś chciał Was zapdejtować albo skołczować? Jeśli tak, to doskonale wiecie, co mam na myśli pisząc o specyficznym języku. Ów język będzie przedmiotem moich dalszych rozważań ☺

Co, jak, dlaczego?

Mam swoją własną teorię dotyczącą rozwoju języka korporacyjnego, którą, o ile zdecydujecie się czytać dalej, chętnie się z Wami podzielę . Nasz rodzimy język, jak każdy inny system tego typu ulega ciągłym przeobrażeniom. Nie sposób, by w XXI wieku, mając do dyspozycji tyle nowych procesów, umiejętności i zasobów ograniczać się do aparatu pojęciowego wykształconego przez naszych przodków. Co więcej – żyjemy w dobie postępującej globalizacji, migracji, cyfryzacji, digitalizacji i szeregu innych „–acji”, w czasach komunikacji opartej na symbolach i krótkich komunikatach tekstowych, a to wszystko również sprzyjają szeroko zakrojonym zmianom w kodzie językowym, którym się posługujemy.

W warunkach tak dynamicznych zmian obejmujących wszystkie płaszczyzny naszego życia, w czasach, w których przedstawiciele odrębnych państw i kręgów kulturowych są bliżej nas niż kiedykolwiek wcześniej, nasz rodzimy język, jakkolwiek bogaty, coraz częściej nie jest w stanie sprostać wymogom stawianym mu przez współczesność albo po prostu – jego użytkownicy uznają jego bogactwo za niewystarczające. I tutaj z odsieczą przychodzi język angielski, z którego bardzo chętnie czerpiemy. Ponieważ nasz język ojczysty nie pozostaje bierny wobec tych zapożyczeń – po czasie zostają one spolszczone, co prowadzi do powstawania słów i całych sformułowań funkcjonujących gdzieś na granicy języka polskiego i angielskiego. Twory te nazywane bywają ponglishem, językiem korporacyjnym, korpomową, korposlangiem, korpopolszczyzną. Choć możemy nie akceptować tego zjawiska, jego istnienie i wykorzystywanie jest faktem bezspornym, również w naszym banku!

Przechodząc do meritum

Jest sporo stron internetowych czy artykułów poświeconych zagadnieniu korpojęzyka. Dla korpoludka czy mówiąc brutalniej – korposzczura takie materiały stają coraz częściej wręcz lekturą obowiązkową. No bo jak tu pracować w korpo, na ołpenspejsie, uczestniczyć w mitingu i nie wiedzieć, że ze względu na zbliżający się dedlajn, w obawie przed fakapem, trzeba ASAP czelendzować kejsy? No nie, nie! Każdy szanujący się korpoludek, idący z duchem czasu musi zapdejtować swoje słownictwo.

Musi wiedzieć, że kejpiaje dostarczają oceny tego, czy czelendżuje kejsy inaf efektywnie. Musi potrafić fokusować się na ekszyn pointach. Musi wiedzieć, co oznacza prośba od przełożonego o umieszczanie go w korespondencji si si lub o to, by czekał pod fonem na kola. Dla własnego spokoju powinien potrafić odróżniać fakap mitingi od brejnstormingów, Pi Ema od Ki Akaunta i (o zgrozo, a raczej damyt!) brify od dedlajnów. Warto, by wiedział, kiedy puszować, kiedy rikłestować, a kiedy forłardować. Że kejsy trzeba apdejtować i starać się by ich nie skilować, bo wtedy grozi mu autsors. Jeśli wymienione wyżej określenia nie są Wam obce, a ich lektura wywołuje na Waszych twarzach lekki uśmiech, a nie konsternację – oznacza to, że jesteście częścią wielkiej machiny. Machiny o nazwie korpo, w której obecny jest korpojęzyk.

Na zakończenie

Sądzę, że jakiekolwiek próby jednoznacznego określenia, czy zjawisko, o którym mowa powyżej jest dobre czy złe, są zupełnie bezzasadne. Z jednej strony sympatycy języka znad Wisły mogą upatrywać w tej ewolucji zagrożenia, przywołując przy tym słowa klasyka wedle których Polacy to przecież nie gęsi. Z drugiej jednak ci, którzy znają się na korpo twierdzą, że taki specyficzny język może sprzyjać nie tylko optymalizacji procesu komunikacji, ale nawet podtrzymywaniu poczucia wspólnoty wewnątrz organizacji!

Jedno jest pewne – żyjemy w czasach, w których (parafrazując słowa pewnego filozofa z Efezu) jedyną stałą rzeczą (okazuje się, że również w obrębie języka), jest zmiana, a tej rozpędzonej machiny nie da się już zatrzymać. No, chyba, że sięgnęlibyśmy po metody opisane w orwellowskim „Roku 1984”…
Co więc dalej? Jak te zmiany wpłyną na nasz język ojczysty i jaki przyjmie on kształt za kilkanaście, kilkadziesiąt lat? Na odpowiedzi na te pytania przyjdzie nam jeszcze poczekać…

FacebookTwitterGoogle+LinkedInPinterest

Dodaj komentarz