Po godzinach | 16.12.2021

Kolejna książka w przyszłym roku! Wywiad z Malwiną Ferenz

Malwina Ferenz, która na co dzień pracuje w Biurze Akceptacji Kredytów Detalicznych w Banku Credit Agricole, ma na swoim koncie już 9 wydanych książek, a w przyszłym roku ukaże się kolejna.

Koniecznie przeczytaj wywiad z autorką, poznaj jej historię oraz podejście do pisania.

Malwina Ferenz.

– Kilka faktów o sobie, jako autorce – ile książek napisałaś, w jakim gatunku?
– Napisałam dziesięć książek, ukazało się dziewięć (dziesiąta jest na etapie redakcji i korekty przed wydaniem, normalna kolej rzeczy). Gatunek ewoluuje. Na początku były to powieści obyczajowe, potem popełniłam dwie komedie z wątkiem kryminalnym, a ostatnie dwie to książki historyczne, dużo poważniejsza tematyka.

– Kiedy zakiełkowała u Ciebie myśl o napisaniu pierwszej książki?
– Tak naprawdę jakieś tam próby mocno nieudane, niedokończone i na szczęście tylko do szuflady (świat może być wdzięczny, powaga!) pojawiły się wiele lat temu, ale ostatecznie przeszłam od słów do czynów, chyba w 2016 roku i zaczęłam od zainwestowania w zeszyt w kratkę, taki uczciwie analogowy, w którym rozpisałam schemat fabuły pierwszej powieści.

– Co sprawiło, że postanowiłaś napisać pierwsze zdania swojej powieści?
– No właśnie ten zeszyt w kratkę! A poważnie to takie uczucie, że w głowie siedzi jakaś historia i jeśli nic się z tym nie zrobi, to są dwie opcje: albo się zwariuje, albo eksploduje czaszka.

– O czym jest Twoja najnowsza książka? Zdradź odrobinę, ale zostaw najlepsze dla czytelników
– Jeśli chodzi o tę, która ukazała się w kwietniu tego roku – „Brulion”, to akcja dzieje się w przedwojennym Wrocławiu, czyli w Breslau, w latach 1936-1938. Główny bohater, młody i dość naiwny korespondent zagranicznej gazety, przyjeżdża tu (raczej niechętnie) i chcąc nie chcąc obserwuje i doświadcza na sobie, jak wygląda życie w III Rzeszy. To czas narastających represji przede wszystkim względem Żydów, ale również i innych grup, choćby Polaków. Wbrew sobie zostaje wplątany w pewną niebezpieczną i skomplikowaną historię i wszystko to wywróci jego życie do góry nogami. Fabuła kończy się kilka dni po Nocy Kryształowej w listopadzie 1938, czyli niecały rok przed wybuchem II wojny światowej. Natomiast książka, która ukaże się w 2022 roku, porusza temat oblężenia Festung Breslau, czyli mamy skok kilka lat wprzód.

– Dlaczego ten gatunek? Co najbardziej Cię fascynuje w tego typu historiach?
– Wyraźnie kieruję się ku poważniejszej tematyce, o niej więc powiem. Najbardziej kręci mnie możliwość splecenia fikcji z prawdziwymi wydarzeniami. W „Brulionie” występują na przykład autentyczne postaci obok tych fikcyjnych. Przy dwóch ostatnich książkach przeczytałam naprawdę sporo różnych publikacji, dotarłam też do niepublikowanych wspomnień świadków poszczególnych wydarzeń, żeby to, co wymyślę, zyskało maksimum wiarygodności. Najbardziej cieszyły mnie momenty, kiedy wymyślałam coś, a potem w jakiejś książce odnajdowałam, że ktoś faktycznie coś podobnego przeżył, moja koncepcja okazywała się więc bardzo prawdopodobna.

– Kim jest główny bohater? Z czym się zmaga?
– Bohater „Brulionu” jest młodym, nieopierzonym i lekko podchodzącym do życia człowiekiem, zupełnie nieprzygotowanym na to, co spotka go w Breslau. Historia zjada takich na śniadanie. W miarę upływu czasu dowiaduje się o sobie więcej, niżby chciał, aż w końcu staje przed wyborem, w którym nie ma dobrych opcji. Tryby historii warstwa po warstwie zdzierają z niego złudzenia, aż zostaje inny człowiek.

Książki autorstwa Malwiny Ferenz.

– Czy w którymś bohaterze Twojej powieści znajdziemy Ciebie? Kilka Twoich cech charakteru, a może doświadczeń życiowych?
– Zawsze takie elementy się znajdą. Rzeczywistość traktuję, jako jedno wielkie morze inspiracji, nakładam na nią swój własny filtr.
Najbliższe osoby są w stanie takie rzeczy wskazać, inni tego nie wychwycą i niech tak zostanie.

– Co było najtrudniejsze w procesie pisania? Czy miałaś jakieś trudności lub blokady twórcze?
– Tak, blokady twórcze się pojawiają, zwłaszcza o czwartej rano. Pisanie jest jak maraton – zmierzasz do mety i nie ma, że boli. Oczywiście jest pokusa, żeby zejść z trasy, ale wtedy wcześniejsze miesiące przygotowań nie miałyby sensu. Pisanie zabiera dużo czasu, zawsze ktoś na tym ucierpi, najczęściej tym kimś jest rodzina. Wstawałam więc np. o 3.30, pisałam, potem zaczynałam pracę, po pracy też coś tam skrobnęłam. Albo siedziałam w nocy.
Na dłuższą metę to wykańczające.

– Co sprawiło, że pojawił się przełom?
– Nie miewam takich zastojów, by potrzebne były przełomy. Jeśli jestem mocno zmotywowana, a jestem, idę jak czołg i biada temu, kto stanie mi na drodze! Nie ma co czekać na przyjście weny, trzeba spiąć poślady i robić swoje. Zawsze mam wszystko dokładnie rozplanowane, wszystkie książki oddawałam przed czasem.

– Czego nie wiedziałaś o samym wydawaniu książki? Czy ktoś Ci pomógł?
– Przy wysyłaniu debiutanckiej powieści do wydawnictwa, nie miałam bladego pojęcia o funkcjonowaniu rynku wydawniczego w Polsce i bardzo dobrze, bo gdybym wiedziała, w co się pakuję, nigdy bym się na to nie zdecydowała. Wszystkiego uczyłam się metodą operacji na żywym organizmie. Nikt mi nie pomagał. Raczej nie polecam tej metody, bywa bolesna, choć sporo się nauczyłam na błędach. Szkoda tylko, że na własnych, a nie cudzych.

– Czy w trakcie całego tego doświadczenia miałaś swojego dobrego ducha, który zachęcał, czasem poganiał i wspierał Cię?
– Och, mnie zdecydowanie nie trzeba poganiać, sama się ochoczo okładam batogiem. A takich dobrych duchów jest kilka. To są osoby, których opinii ufam i bardzo sobie cenię informację zwrotną, zwłaszcza gdy wytykają mi błędy. Chodzi o to, by ich już nie robić. Zawsze znajdą się jakieś inne do popełnienia.

Książka Malwiny Ferenz.

– Co jest najbardziej satysfakcjonujące przy pisaniu i wydawaniu własnej książki?
– Dla mnie najbardziej satysfakcjonująca jest informacja zwrotna od osoby redagującej książkę. Wiesz, to ktoś, kto czyta zawodowo, na chłodno. Pracuje nad tekstem profesjonalnie, ma bogate doświadczenie i wykształcenie w tym kierunku. Nie zna mnie osobiście, nie kumplujemy się. Ma za zadanie znaleźć wszystkie możliwe niedociągnięcia, żeby wyszlifować powieść. I jeśli od kogoś takiego dostaję pochwałę, to daje mi to mocnego kopa. Albo redaktor pyta, czy ja też redaguję zawodowo książki, bo nigdy od żadnego autora nie dostał tak dobrze przygotowanego tekstu, a siedzi dziesięć lat w zawodzie. Mówiąc wprost – to jara.

– Czy czegoś się obawiałaś? Co mówił Twój wewnętrzny krytyk?
– Na szczęście jak dotąd okazuje się, że mój wewnętrzny krytyk jest tym najostrzejszym. To zdrowe, bo to rozwija. Zawsze jednak, już po oddaniu książki do wydawnictwa, zmienia się w wewnętrznego sadystę i serwuje mi teksty w stylu: „Chyba zwariowałaś, Ferenz, żeby takiego gniota wypuszczać w świat. Natychmiast dzwoń do nich i mów, żeby spalili wszystkie kopie”.

– Po wydaniu 9 książek jak radzisz sobie z krytyką i opiniami czytelników?
– Każdy ma prawo do własnej opinii i odbioru. Różni są czytelnicy i różne ich przygotowanie do lektury. Każdy jest inny z inną historią i doświadczeniem. Nie jestem jak pomidorowa, nie muszę smakować wszystkim. Jak wspomniałam, mam kilka zaufanych osób, których opinii ufam i bynajmniej nie klepią mnie po pleckach. Jednak wydanie książki to jak odsłonienie podbrzusza, pojawiają się silne emocje. Radzę sobie z krytyką. Nie radzę sobie tylko z sytuacją, kiedy ktoś negatywnie ocenia książkę, a z jego słów wychodzi, że zupełnie jej nie przeczytał. To się zdarza. Zawsze mnie zastanawia, po co właściwie to robi.

Książki autorstwa Malwiny Ferenz.

– Gdybyś Teraz mogła porozmawiać ze sobą z przeszłości, kiedy jeszcze się wahałaś lub tylko snułaś marzenia na temat napisania książki, co byś sobie powiedziała, aby przekonać siebie do rozpoczęcia pisania?
– Powiedziałabym: „Ferenz, opanuj się. Jest znacznie lepiej, niż ci się wydaje. Zdecydowanie za nisko się oceniasz. Nie czaj się tak, tylko działaj. Do boju”.

– Książka już w pierwszym kwartale 2022 ukaże się na rynku – co będzie dalej? Czy pojawi się kolejne dzieło, są już pomysły?
– O ho, ho, nie tylko pomysły! Natura nie znosi próżni. Co prawda ostatnia książka tak mnie przeczołgała, że zarzekałam się, że przez rok nie spojrzę na nic innego, co nie jest laptopem służbowym, ale okazuje się, że po dwóch miesiącach znów jestem „na głodzie”. Nawet nie wiem kiedy kupiłam trzy książki, które chcę przeczytać w ramach researchu do kolejnej powieści. Zbieram materiały. Mam nadzieję, że ten pomysł wypali, bo strasznie się w niego wkręciłam. Pisanie książek to taki rodzaj pozytywnego uzależnienia. Nie myślę o odwyku.

Tagi